Organizacja Zwalczająca Narkotyki, nienawiść, zemsta i zagadki.
niedziela, 30 lipca 2006
Kłopot moralny
Zanim zdążyłem zejść na dół, Bonie złapał mnie za kark i rzucił: - Mamy robotę. Zaczął się normalny zgiełk, a po pięciu minutach już siedzieliśmy w autach i zmierzaliśmy w stronę Los Angeles. - Przytrzymaj mocniej tą spluwę, jak ładujesz. Ten sprzęt jest trochę mocniejszy. – według tej rady Niki przytrzymałem swoją Berettę 21 Bobcat. Mała, krótka lufa dodawała jej trochę niewinności, chociaż zabijała przecież, jak każda inna. Zabezpieczyłem ją i włożyłem do kabury przy pasku. Niki przez ten czas wykładała sprawę. - To chyba największa próba przekrętu, jaki się szykuje. Zlot dealerów. Będzie ich tam ponad setka… - I my mamy ich rozwalić? W dziewiątkę? – zwątpiłem - Myślałem, że dostaniemy jakieś wsparcie. - A co? Nie wierzysz, że w dziewięć osób można sobie poradzić z bandą dealerów? - Nieszczególnie… - odpowiedziałem. - To się mylisz. Wszystko da się załatwić, tylko trzeba będzie dobrze wysłuchać Malert. Ona opracowała całkiem niezły plan, muszę przyznać. Ma polegać głównie na zaufaniu. Tyle z tego zrozumiałam… - I Malert go opracowała? To o zaufaniu też? – sam nie wiedziałem, co teraz o niej myśleć. Boi się przyjaźni z moim ojcem i nie potrafi mu zaufać, bo są po dwóch różnych stronach, ale obławę dealerów ma budować zaufanie do siebie nawzajem? Niki zatrzymała furgon przy stacji paliw na obrzeżach Los Angeles. Nie czekaliśmy długo na resztę. Tamci pojechali inną droga, żeby nie wzbudzać podejrzeń. - Idziemy dwójkami, Peter zostaje w wozie i jest pod telefonem. Jak coś się wali, to kontaktujemy się z nim, a on podaje nam drogę ucieczki, bo ma elektroniczny plan tej budy. To stare wesołe miasteczko przy Maiden Street . Osłaniamy jeden drugiego. Zawsze trzeba być blisko siebie. W furgonie są głośniki i dyktafony. Na każdym nagrany jest dźwięk syreny policyjnej i ich formalne regułki. Naszym głównym zadaniem jest zrobienie tłoku, przypilnowanie co ostrzejszych i bardziej buntowniczych dealerów. Ma im się wydawać, że są otoczeni. Zamkniemy wtedy cały budynek i wpuścimy gaz usypiający. Jasne? Wszyscy pokiwali głowami, ale ja musiałem zapytać: - Naprawdę myślicie, że to wypali? - A dlaczego nie? – zdenerwowała się Malert. - Bo to trochę banalne. - I o to właśnie chodzi. Im bardziej to banalne, tym bardziej możliwe, prawda? Przecież jeszcze nikt nie próbował obławy setki przestępców będąc w miażdżącej mniejszości, prawda? - No, prawda… - przytaknąłem i już chciałem wyrazić dalsze powątpiewania, kiedy Niki mi ucięła. - To będziemy pierwsi, którym się uda. Już nic nie powiedziałem. Niki dała mi do zrozumienia, że idziemy razem od północnej strony. Rzuciła mi pakunek z napisem fentofil. - Ale to w dużych ilościach zabija. – powiedziałem, patrząc na opakowanie. - Dealerzy w dużych ilościach też zabijają. – odparła Niki i wzięła spluwę ze swojego siedzenia. – Jeśli masz jakiś kłopot moralny, to zostań. - Nie mam. – rzuciłem szybko i schowałem pakunek. Wsiedliśmy do furgonu i ruszyliśmy na Maiden Street.
Her zone
Kogoś by mogło denerwować, że Malert wie wszystko. Ale ja poszedłem do niej z kilkoma pytaniami, nie po to, żeby się denerwować. Otworzyła mi drzwi swojego gabinetu trochę jakby zbita z tropu. - Twój ojciec pojechał? – zapytała wyglądając na ulicę, oblaną porannym słońcem. - Pojechał… - odparłem z przekąsem. – Chciałem cię o coś zapytać… Malert zmierzyła mnie łagodnym spojrzeniem i powiedziała: - To wal. - Czy coś was łączyło? – nie miałem innego pomysłu, żeby o to zapytać, więc wybrałem najprostszą wersję. - Nie sądzę. – odpowiedziała szybko i odwróciła się do okna. - To dlaczego ojciec łudził się przez 10 lat, że żyjesz? - Może bał się, że nadal pracuję dla OZN? - Nie sądzę. – powtórzyłem jej słowa. Tym razem spojrzała na mnie trochę ostrzej. - Słuchaj, nie wiem, co Ci się urodziło w tej twojej skomplikowanej psychice, ale ja i twój ojciec, to po pierwsze przeszłość, a po drugie źle zakończona przyjaźń, nic więcej! - Ciekawe jak prosta jest twoja psychika? – spytałem – I dlaczego ta przyjaźń się zakończyła? - Bo nie miała innego wyjścia. - Wyjście jest zawsze! – powiedziałem trochę nie przyjemnym tonem, obserwując twarz Kathleen. - A co Ty możesz o tym wiedzieć? – spytała, jakby nieco złośliwie. - W końcu jakimś cudem wyszedłem z bandy łamaczy, prawda? – uśmiechnąłem się. Podniosła na mnie wzrok i westchnęła. - Nigel… - zaczęła – Twój ojciec się zmienił… A poza tym teraz jesteśmy po dwóch różnych stronach. Nie rozumiesz? - Nie. – odpowiedziałem szczerze i zrezygnowany ruszyłem do drzwi. - Jestem pewna, że to ja jestem po tej dobrej. I jeżeli twój ojciec tego nie zauważy, nie da się mu tego narzucić. Wyszedłem. Ojcu nic nie można narzucić. Kompletnie nic.
czwartek, 29 czerwca 2006
Nic nie chciałem.
Wybiegłem z ogrodu, jak oparzony. Zanim auto ojca ruszyło dopadłem maski i zmusiłem go, żeby wyszedł. - Co? – zapytał z wyrzutem, otwierając drzwiczki starego Kadilaka. - Chciałem… - zacząłem, ale nie mogło mi przejść przez gardło, że chcę go przeprosić… - Co chciałeś?! – warknął, co wcale mnie nie zachęciło. - Już nic! - odpowiedziałem tym samym tonem i ominąłem samochód, wciskając ręce do kieszeni. Na drodze stanęła mi nagle Niki i nieznacznie musnęła w ramię. Nie powiedziała jednak nic. Ją też wyminąłem. Stanąłem na chwilę i obejrzałem się za siebie. Ojciec włączył silnik, żeby wziąć ostry zakręt i wyjechać z podwórka. Kopnąłem ze złości w furtkę i złapałem spojrzenie Niki. Nie wyrażało nic. Jak zauważyłem, nie pierwszy raz. Zawsze z jej twarzy mało mogłem odczytać. Chyba na tym polegał jej urok. Nie zastanawiałem się już nad ojcem. Chciałem za wszelką cenę rozszyfrować Niki. Podszedłem do niej i zapytałem: - Mamy dzisiaj coś do roboty? - Nie, chyba nie. Malert załatwia sprawy w biurze śledczym, więc raczej dzisiaj nigdzie nie jedziemy. Chyba się wybiorę na poligon ,potrenować trochę… - Czekaj!... – zacząłem, bo ruszyła w stronę domu. Obróciła się, znów z tym wyrazem twarzy, a właściwie bez niego. – Nie skoczyłabyś ze mną na Colę? Uśmiechnęła się. - Czemu nie… - odparła po chwili. Poszliśmy do jakiegoś najbliższego baru. Chciałem koniecznie zapomnieć o incydencie z ojcem, ale najwyraźniej Niki miała zamiar mnie pomęczyć. - Gdyby mój ojciec żył, chyba bym tak łatwo nie odpuściła… - Ty nie wiesz, co to znaczy mieć takiego ojca… - Takiego, który się o ciebie martwi i zawsze chce mieć cię przy sobie. Faktyczne, nie mam pojęcia. – zrobiło mi się trochę głupio. – Ale postaw się w jego sytuacji… - Stawiam się za każdym razem. I za każdym razem dochodzę do wniosku, że on nie ma prawa mnie tak traktować! Co on sobie myśli, że może mnie zaprogramować i że nie mam uczuć? - Nie wiem, nie znam Twojego ojca… Sądzę jednak, że Malert go zna.
wtorek, 30 maja 2006
Ty
Całą noc myślałem o ojcu. Siedział z nami do późna. Potem gdzieś zniknął. Szkoda, bo miałem nieodpartą ochotę z nim porozmawiać. Postanowiłem go poszukać. Wyszedłem do ogródka. Na tyłach dało się słyszeć cichą rozmowę. Wyjrzałem zza węgła i zobaczyłem ojca i Malert, siedzących naprzeciwko przy ogrodowym stole. Zaczaiłem się tam i słuchałem. - Łudziłem się przez te 10 lat, że żyjesz. Ale przecież ty umarłaś na moich oczach. – powiedział ojciec. Najwyraźniej, nadal był wstrząśnięty. - Musiałam się jakoś zabezpieczyć. Lekarz, który potwierdził zgon, to mój stary znajomy. Podał mi leki spowalniające funkcje życiowe. - Więc postrzał też zaplanowałaś?! – trochę podniósł głos. Malert zwiesiła głowę. - Nie. Tego nie… Tylko potem trzeba było coś wymyślić. Zrozum, agenci OZN siedzieli nam później na ogonie. Nie spotkałeś się z nimi? - Wszyscy, z którymi się spotkałem siedzą. - Brawo… - usłyszałem lekką nutkę sarkazmu, dość typowego w takich sytuacjach. Rozmowa zawisła w martwym punkcie. Podejrzewałem, że wszystko już sobie powiedzieli. Miałem odejść, kiedy Malert rzuciła: - Nigel, niemiarowo oddychasz. Pamiętaj o przydechu, jak podsłuchujesz. Zbity z tropu wyszedłem do nich i stanąłem obok stołu. Wpatrywałem się w ojca, próbowałem dać mu znać, że chciałbym z nim pogadać, chociaż teraz, kiedy nie był niezmiennie wściekły. Nie zrozumiał aluzji, ale na szczęście Kathleen tak. Podniosła się, przytuliła mnie lekko i zniknęła za rogiem. Zostaliśmy sami z ojcem. Chwila milczenia zdawała się ciągnąć w nieskończoność, gdyby nie jaśniejący horyzont, na którym zaraz miało wzejść słońce. - Czas się pozbierać. – powiedział Raf McDison. – Rano wracam do domu. Obawiam się, że ja jeden. – zanim zdążyłem go zatrzymać poszedł, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem. Znowu… * Usiadłem na miejscu taty i oparłem głowę na ramieniu. Było mi wszystko jedno, co się teraz stanie. Malert i tata. Pracowali razem, zniszczyli OZN razem. Ale najwyraźniej nigdy razem nie byli. To widać. Ludzie, którzy byli ze sobą traktują się normalnie, jakby to było oczywiste, że mogli się kiedyś kochać. Oni tak się nie zachowują. Zachowują się, jak nastolatki, które nie wiedzą, jak sobie powiedzieć, że… No właśnie, że? Nawet nie jestem do końca pewien, czy się kochali, albo kochają. Może łączy ich jakaś braterska więź albo wspólna nienawiść do czegoś? Lub też nienawidzą siebie nawzajem? - Wyglądasz jak zbity pies… - na te słowa aż podskoczyłem. Niki przeskoczyła ławkę i usiadła naprzeciw. Spojrzała w stronę wschodzącego słońca. - Tak się czuję… - Dlaczego? - Nieważne… - Wiem, dlaczego. - Nie wiesz. - Ojciec nie chciał z Tobą rozmawiać. - Nie mieliśmy o czym. - Mieliście. – ten dialog był głupi, ale sprawił, że poczułem się lepiej. Sama obecność Niki stawiała mnie na nogi. – Wracasz z nim? - Nie. - Dlaczego? – to pytanie mnie rozbawiło. - Naprawdę chcesz się w to bawić od nowa? - Tak. Dlaczego? - Bo nie będę robił wszystkiego czego on chce. - Nie możesz się poświęcić dla ojca? - Nie! - Nawet jeśli on poświęcił się dla Ciebie? – tu z kolei zastanowiłem się. Co on mógł dla mnie poświęcić? - Na przykład? Niki westchnęła. - Pomyśl. „Myśl, Nigel, myśl.” Milczałem. Po chwili Niki zaczęła: - On nigdy nie przestał myśleć o Malert. Ja to wiem i ty to wiesz. Ale nigdy nie dochodził do prawdy, chociaż miał nadzieję, że gdzieś jest. Dla ciebie, bo nie chciał, żebyś musiał przechodzić przez OZN. Zrezygnował z czegoś, co było dla niego wszystkim, bo trafiłeś w ręce terrorystów. Zniszczył wszystko. Myślisz, że to naprawdę mało? Na odchodnym klepnęła mnie w ramię i uśmiechnęła się. Znów zostałem sam.
niedziela, 30 kwietnia 2006
Sam?
Pomachałem wściekle na Malert, ta zaklęła cholernie nieprzyzwoicie i kazała mi być ostrożnym. Podbiegłem do drzwi i wyjrzałem na przepastny korytarz. Odrapane ściany, pomalowane farbą ojeną, odbijały światło latarni na zewnątrz. Olałem środki ostrożności i wybiegłem przez drugie drzwi. Jakiś stary furgon wrzucał właśnie drugi bieg. Ja też. Sam nie mogłem się nadziwić, że dogoniłem samochód. Wskoczyłem na pakę i zajrzałem przez małe okienko do środka. Był tam tylko kierowca. Zobaczył mnie i wziął ostry zakręt, zrzucając mnie na siatkę, z której sturlałem się na dół, prosto na nogi… Niki. Stała nade mną i śmiała się ewidentnie ze mnie. Trochę dalej Bonie unieruchamiał starszego faceta. Dealer. Z tej niemej rozpaczy, nie podniosłem się. Niki nagle nachyliła się nade mną i pocałowała mnie w czoło. - Chodź, mam już dosyć tej spódnicy! Znowu cię upijemy, porażka będzie mniej boleć. Poradziła sobie bez problemu. A ja myślałem, że coś jej grozi… * Nie piłem z nimi. Niki też nie. Zniknęła gdzieś na cały wieczór, a ja siedziałem, jak struty. Malert cały czas spędziła przy oknie i wpatrywała się w siną dal, nieco nieprzytomna. Około godziny 11 zerwała się z miejsca i dała kilka niemych znaków na palcach. Wszyscy od razu wiedzieli, o co chodzi. Ktoś nas znalazł. Wyjrzałem lekko zza firanki. Na ulicy stał stary samochód. Złapaliśmy broń i pochowaliśmy się za wnękami w przedpokoju. Bonie odpiął swoją kaburę i podszedł do drzwi w momencie, kiedy ktoś zapukał. Otworzył je na małą szerokość i po chwili milczenia powiedział: - Mamy mały kłopot. – otworzył szerzej drzwi, w których stał… Raf McDison. Jego kasztanowe włosy lśniły w blasku światła z domu, wzrok miał niezbyt przyjazny. Odruchowo zabezpieczyłem broń i wyszedłem mu naprzeciw. - Więc jednak cię omamili… - powiedział przyciszonym głosem. Reszta grupy wyszła z ukryć i pochowała spluwy. Bonie machnął ręką i stwierdził: - Zaczyna się… - Co ty tu robisz? – zapytałem. - Przyjechałem po ciebie. - Ale ja się stąd nie ruszam. – odparłem głośno. Ojciec zmrużył oczy i rozejrzał się po grupie ludzi, stojących w około. - A cóż takiego cię tu trzyma?... – nagle zamilkł. Zauważyłem, że wpatruje się w Malert i robi się lekko blady. - Witaj, Raf. – w jej głosie była nutka zniecierpliwienia. Nie byłem pewien, co teraz zrobi. Mogła zarówno się do niego uśmiechnąć, jak i zdzielić go z pięści. Była nieobliczalna. Nie zrobiła jednak ani jednego, ani drugiego. Powiedziała tylko: - On sam wybrał. A ty chyba nic na to nie poradzisz. - Poradzę. – odpowiedział ojciec, nie swoim głosem – Jesteście nielegalną kontynuacją OZN, aresztuję was. Wszystkich. – dał nacisk na ostatnie słowo, wymownie patrząc na mnie. Kathleen zaczęła się śmiać, podobnie, jak cała reszta. Potem dało się słyszeć pytanie z werandy: - Sam? – ojciec odwrócił się i zobaczył Niki, która szybkim ruchem złapała jego nadgarstki i podcięła mu nogi. Stały numer. Tym razem jednak zrobiła to tak, żeby nic mu się nie stało. Nawet najmniejszego siniaka. Nachyliła się nad nim figlarnie i uśmiechnęła się ze słowami: - Może pan wejdzie na herbatę? - Sądzę – włączyła się Malert – że lampka wina będzie bardziej odpowiednia. - Przepraszam, Kathleen. – uprzejmie powiedziała Niki i podniosła mojego ojca na nogi. Malert wzięła go pod rękę i poprowadziła do saloniku. I właśnie wtedy doznałem szoku. Raf McDison się uśmiechnął. Tak szczerze i sympatycznie, że w pierwszej chwili nie poznałem w nim tego pieprzonego urzędasa z biura…
niedziela, 16 kwietnia 2006
Głupi szczeniak
Następny dzień zaczął się szybko. Głowa bolała mnie niemiłosiernie, wszędzie chodziłem z butelką wody mineralnej. I gapiłem się na Niki. Było mi ciężko, nie tylko na głowie. Czułem się jak szczeniak, który nie ma szans na dostanie się za kanapę. Dostałem odznakę OZN. I przydział do grupy Malert. Moja pierwsza akcja miała mieć miejsce wieczorem. - A co z waszą pracą w policji? – zapytałem Katherine, kiedy skończyliśmy parogodzinny trening i przygotowania do szturmu. - Jak praca? Mały… Jeszcze się nie nauczyłeś? - Tzn., że to podpucha? Nikt z was nie jest gliną? Malert zaczęła się śmiać. Wszystko zrozumiałem. Głupi szczeniak… * Wszedłem za Katherine do podziemi. To była dziura, jak mnie uprzedzała. Powiedziała, że tak zawsze się zaczyna. Uwierzyłem. Dała mi znak, żebym szedł w prawo. Nabiłem spluwę i przeskoczyłem przez połamane deski. Podeszliśmy do starych odrapanych drzwi. Schowałem się za węgłem i zobaczyłem Niki. Pewnym krokiem szła w stronę tych drzwi, za którymi byli dealerzy. Zapukała, weszła. Zamknęła je za sobą, a ja nagle wpadłem w panikę. Ona nie miała ze sobą broni. Trzeba było zdobyć zaufanie dealerów, więc musiała być bezbronna. Bezbronna, wśród trzech rosłych facetów pod wpływem narkotyków. Myślałem, że minęła kupa czasu, zanim usłyszałem łomot. Znak, że można wkroczyć do akcji. Niki dała im fałszywa amfetaminę, zdenerwowali się. Wpadłem do pomieszczenia, krzycząc, że wszystko pod kontrolą. I zamarłem. Pomieszczenie było puste. Drzwi naprzeciw były otwarte, jeszcze chybotały się na zawiasach…
Nike
Przez resztę drogi wpatrywałem się w jej profil. Szpiczasty nos, delikatne usta, niespokojne oczy, szczupłe policzki. Ktoś mógłby powiedzieć, że żadna rewelacja, ale ja jakoś nie mogłem oderwać od niej oczu. Nie wiedziałem za bardzo, co się ze mną dzieje. Tłumaczyłem sobie, że nawet jej nie znam, że nawet mnie nie lubi i pewnie ma kogoś. Nie zauważyłem, kiedy spojrzała na mnie, nieco nie przytomnie i zapytała: - Co? – obudziłem się i zrobiło mi się niezmiernie głupio. Siedzę tak i się na nią gapię. - Nic… - odwróciłem głowę i udałem zainteresowanie migającą pod kołami szosą. - Nie czujesz się jeszcze senny po tej morfinie? Malert ma czasami niezłe zjazdy. Nie dam głowy, czy nie przesadziła z dawką… - Nie, nie, nic mi nie jest. – odparłem, nadal gapiąc się za okno. Nowa Zelandia była pogrążona w ciemności. Zerknąłem na zegarek. Trzecia w nocy. Niki manewrowała furgonem, aż w końcu wjechała na oświetlone podwórko, nawet zadbane, choć spodziewałem się raczej jakiejś brudnej rudery. Kiedy wysiedliśmy, Niki podała mi z tylnego siedzenia torbę. Moją torbę. Nie wnikałem, skąd ją wzięła. Podeszliśmy do domofonu przy bramie niskiego, piętrowego domu. Niki zadzwoniła. Z głośników dał się słyszeć dobrze znany mi głos. - No? - To my, Malert! Weszliśmy do hallu. Malert przywitała nas z kubkiem herbaty w ręku. Poczułem przenikliwe zimno. - Ogrzewanie jeszcze nie nabrało obrotów. – wyjaśniła - Przyjechaliśmy godzinę temu, akcja się udała, Charlie jest trochę ranny, ale niegroźnie. Trzy tony hery. – poprowadziła nas do pokoju obok. Byli tam wszyscy, których spotkałem w Nowym Yorku. Teraz każdy po kolei się do mnie uśmiechnął. Facet o imieniu Bonie podszedł i zamachnął się, żeby mnie porządnie zdzielić przez łeb. Sparowałem cios przedramieniem. Bonie zaczął się śmiać i lekko poklepał mnie po łopatce. - Dajcie chłopakowi drinka! Zanim się spostrzegłem, ktoś mi wcisnął w rękę szklankę z Martini. Zanim się spostrzegłem, byłem pijany. Pamiętam tylko, że Niki wzięła mnie za rękę i wyprowadziła do jakiegoś pokoju. Potem życzyła mi dobrej nocy i wyszła. Położyłem się i w drodze do poduszki zasnąłem.
czwartek, 13 kwietnia 2006
Cały Twój.
Kiedy się obudziłem byliśmy jeszcze w drodze. Wyjrzałem za okno starej ciężarówki, w której się znajdowaliśmy. Było ciemno, widać było jedynie gdzie niegdzie zarysy drzew, majaczących się na pochyłym horyzoncie. Podniosłem się na siedzeniu i rozejrzałem po aucie. Za kierownicą siedziała Niki. Nikogo więcej nie było. Poczułem lekki ból głowy. - Dlaczego jedziemy sami? – zapytałem cicho. Głos miałem zachrypnięty i jakby nie swój. - Reszta pojechała lasem, żeby odbić na prawo. Mają do załatwienia jeszcze jedną akcję. - Ach… - przytaknąłem głupio. Przeskoczyłem na przednie siedzenie i rozsiadłem się, doszczelniając szybę. Na twarz wlał mi się strumień przyjemnego wieczornego powietrza. Rozbudziłem się trochę i zobaczyłem tlące się światła kilka kilometrów przed nami. - Długo tak jedziemy? – zapytałem. - Od rana. – wyjaśniła Niki, a ja zdałem sobie sprawę, że to było mało inteligentne z mojej strony. Znowu. - Zatrzymamy się na kawę, co… - zaproponowała Niki. – Jestem cholernie zmęczona. - Nie ma sprawy. – powiedziałem. – Może się potem zamienimy? - Nie sądzę, żebyś znał drogę. – odpowiedziała i uśmiechnęła się do mnie. Kilka minut później stanęliśmy na podjeździe przydrożnej knajpy. Weszliśmy do środka. Wnętrze było nawet zadbane, jak na taki bar. Kawa też nie była zła. - Jak naprawdę się nazywasz? – spytałem po chwili obserwowania dziewczyny. Drobna, szczupła, chuda i nie za wysoka. Powaliła mnie jednym ciosem. Teraz zerknęła na mnie, niby obojętnie. Wyczułem jednak, że trafiłem z setno. - Anabel Nikols. – powiedziała w końcu i wypiła łyk dymiącej kawy. Postanowiłem ją trochę popytać. Sama nie miała chyba zamiaru się otwierać. - Niech zgadnę, uciekłaś z domu, bo rodzice nie chcieli ci pozwolić na taką pracę? – rzuciłem z przekąsem. Tak jakby moja historia… Nikols podniosła głowę i zmierzyła mnie zimnym wzrokiem. Ogarnęło mnie wrażenie, że znów strzeliłem gafę. Nie myliłem się… - Moi rodzice nie żyją. Zginęli w wybuchu gazu rok temu. Jestem w OZN, bo zwiałam z poprawczaka, co chyba po mnie widać. – zamilkła, wprowadzając mnie w bardzo głupi nastrój. - Sorry… - Nie szkodzi. Wolę twoją wersję. – blady uśmiech oznaczał, że naprawdę nie szkodzi. - Jak to było z Malert i moim ojcem? - Nie wiem. Musiałbyś zapytać Sharp. Trzymały się kiedyś razem… - Zapytam… - zapewniłem – Daleko jeszcze? I gdzie w ogóle jedziemy? - Do kwatery w Nowej Zelandii. Dostaniesz przydział i jesteś nasz. - Tzn., jestem twój? – posłałem jej mój najpiękniejszy, jak twierdziły koleżanki, uśmiech i, co lepsze nie zostałem zbyty. - Nie mogę się doczekać. – skwitowała Niki i dopiła kawę.
wtorek, 14 marca 2006
Czekolady łyk...
Rano obudziłem się przed dziewiątą, a raczej zostałem brutalnie obudzony przed dziewiątą. Niki bez problemu podniosła mnie, zanim jeszcze zdążyłem otworzyć oczy i wypchnęła do pomieszczenia, w którym siedzieliśmy wczoraj. Nie miałem jej tego za złe. O dziewiątej miała przyjechać Malert i ta druga, Sharp. Potem mieliśmy się gdzieś przenieść. Dostałem na śniadanie całkiem smaczną jajecznicę, kiedy kończyłem włączył się alarm. Usłyszałem krzyki z hallu: - Zostawcie mnie, do cholery! Na mózgi wam padło? To ja!!! Po chwili do sali weszła kobieta w wieku koło 35 lat, ubrana w czarne ciuchy. Miała blond włosy i niebieskie oczy. W pierwszej chwili wydała mi się niesympatyczna. Zaraz jednak zdałem sobie sprawę, że widziałem jej zdjęcie, dziesięć lat młodsze w aktach, które pokazała mi Kathleen. - Gdzie jest ta małpa? – zapytała Alexis Sharp i rozejrzała się w około. Zatrzymała się na chwilę na mnie i dodała: - A to, co za smarkacz? - Jest starszy ode mnie. – wyjaśniła Niki, wślizgując się bezszelestnie. – To Nigel McDison. - A… - Sharp zwątpiła – AHA! Syn Rafa? – doskoczyła do stołu i usiadła obok mnie. - Jak twój staruszek się ma? – spytała.- Malert pewnie nadal się czerwieni na jego widok. – puściła oko do Petera. - Jeśli cię to ciekawi, to nie widziałam go jakieś trzynaście lat, podobnie zresztą, jak ciebie. A małp szukaj sobie w rodzinie. – Kathleen weszła do pomieszczenia. - Zawsze wiedziałam, że jest między nami pewne pokrewieństwo. – odcięła się Alex i uśmiechnęła się szczerze. Malert spojrzała na zegarek . - Niki, o której jej kazałaś przyjść? O szóstej nad ranem? Bo jeśli tak, to teraz rozumiem, jakim sposobem nie spóźniła się na dziewiątą... - Ha. Ha. Ha. Się nie zmieniłaś. - I vice wersa. – tym razem Malert się uśmiechnęła. – Wszystko gotowe? – zauważyła i mnie. – O! Nigel? Jak ci się podobał chrzest bojowy? - Dawno się tak dobrze nie bawiłem… - wycedziłem z przekąsem. W tej chwili miałem do niej wielki żal, że mnie na to wszystko wystawiła i, jak się dowiaduję, znała mojego ojca. Minę miałem niewyraźną, bo podeszła do mnie, wyjęła z plecaka tabliczkę czekolady i otworzywszy ją, podstawiła mi pod nos. Wziąłem kawałek, bo niby dlaczego nie. Następny błąd. Po chwili Alexis, sięgająca po tę samą czekoladę dostała po łapach od Kathleen. - Tam jest środek usypiający, matole. – powiedziała spokojnie i skinęła na Niki, która w ostatniej chwili zdążyła mnie złapać, bo spadłbym z krzesła. Środek usypiający działał cholernie szybko. Usłyszałem jeszcze słowa Sharp: - Wiesz, jakim matołem trzeba być, żeby nafaszerować czekoladę morfiną? Tylko ty mogłaś wpaść na tak denny pomysł… Kto to teraz zje, takie marnotractwo…
piątek, 10 marca 2006
Była i jest
Urocza była tylko przez jakiś czas. Za chwilę zadzwonił telefon przy drzwiach. Podniosła się leniwie i odebrała go. - Oczywiście, że tak. – powiedziała, po sekundzie. – Sharp, nie denerwuj się tak! Malert będzie tu rano, o dziewiątej. Ty też masz być o dziewiątej, rozumiesz? O dziewiątej, a nie dwadzieścia po. – odłożyła telefon i wróciła do mnie. Zaczynało być mi zimno po tym wszystkim najchętniej poszedłbym spać. - Jestem Niki. – powiedziała dziewczyna i wskazała na resztę – Ci tu, to Jordan, Mich, Peter, Charlie i Bonie. – w ostatnim rozpoznałem roznosiciela ulotek. – Zrób sobie herbaty, bo się cały trzęsiesz. – dodała, nawet na mnie nie patrząc. Wstałem i poszedłem w wyznaczonym kierunku. Trafiłem do wąskiej kuchni, nieco zrujnowanej, ale sprawnej. Znalazłem czajnik i wstawiłem wodę. Herbata też była na wierzchu. Nie wiedziałem, co mam myśleć o tym wszystkim. Po kilku minutach wróciłem do pomieszczenia i usiadłem na dawnym miejscu. Fioletowowłosa Niki wznowiła rozmowę: - Wiesz, sorry za te maniery. – uśmiechnęła się szeroko, ale oczy nadal były zimne, jakby nieufne. – Musimy tak sprawdzać ludzi. Mamy dużo wrogów. Szczególnie teraz. Rozpracowujemy szajkę narkomanów, co zresztą chyba po nas widać… - podniosła szczupłą dłoń, która wyraźnie się trzęsła. – Trzeba się wbić w towarzystwo, co oznacza w najlepszym przypadku marihuanę. - Myślałem, że Organizacja Śledcza nie zajmuje się aż tak narkotykami… - zdziwiłem się i popiłem herbaty. Po żołądku rozlało mi się przyjemne ciepło. - Lepiej nie myśl… - skwitowała - Organizacja Śledcza? To tylko formalność. Główne dowództwo o tym nie wie. Jest kilka osób, które się wyłamało, czyli na przykład my i Kathleen. Robimy to, czego nie robiło OZN. Wiesz oczywiście o OZN? – upewniła się. - Tak… - odparłem i duszkiem wychyliłem resztę herbaty. Zapadła cisza, przerywana tylko „passem” i „karetą”. Jednak jedno nie dawało mi spokoju… - Czy Kathleen Malert jest tą samą, która rozniosła OZN z moim ojcem? - Nigdy nie było innej. – powiedziała Niki z przekonaniem – Ona jest jak nieśmiertelna. Potrafi się wylizać z każdej opresji. Trzynaście lat temu przeszła śmierć kliniczną, od tego czasu jest niezniszczalna i cholernie zamknięta. Dla niej liczy się tylko nasza działalność, można by pomyśleć, że nie ma osobistych uczuć. Chociaż tu… - zastanowiła się – chyba nikt ich już nie ma…
środa, 01 marca 2006
Była urocza
Nie pojechałem do domu, tylko do pierwszego lepszego hotelu. Nie myślałem nawet o tym, jakie to głupie, spać w hotelu dwie przecznice dalej od osobistego mieszkania. Miałem zamiar wrócić do Londynu następnego dnia i zażądać wyjaśnień od Kathleen Malert. Nie spałem w nocy. Wyszedłem na ulice Manhattanu, żeby trochę ochłonąć. Jak zwykle późnym wieczorem było tu pełno ludzi. Lubiłem ich czasem obserwować. Tak i tym razem, przyglądałem się roznoszącemu ulotki facetowi. Miał podkrążone oczy, wychudłą twarz i trzęsące się ręce. Podszedł do mnie i wcisnął mi w dłoń ulotkę. Przyjrzałem mu się lepiej, kiedy odchodził. I dopiero potem zerknąłem na ulotkę. „Szukasz oderwania od rzeczywistości? Szukasz wrażeń? Szukasz czegoś innego, niż wszystko inne? Czekamy na Ciebie na Crossing Broad 4.” – głosił napis na żółtej, niewymiarowej karteczce. Nie zaszkodziło by mi to. Poszedłem od razu na Crossing Broad 4. Nie zastanawiałem się wtedy, co tam znajdę. Musiałem pozbierać myśli. Stanąłem w końcu przed odrapanym budynkiem i rozejrzałem się w około. Wszedłem w zaułek, nie było tu nikogo, nie licząc jakiegoś bezdomnego kota na śmietniku. Sprawdziłem adres. Zgadzało się wszystko, więc wszedłem do środka i po rozlatujących się niskich schodkach. Znalazłem się w dużym holu, oświetlonym światłem świec, poustawianych na każdym podwyższeniu na ścianach. Mimo to było tu strasznie zimno. Nagle ktoś jak cień wyskoczył zza rogu i powalił jednym precyzyjnym ciosem na ziemię. Upadłem bez tchu. Po chwili zobaczyłem niewyraźny kształt tuż nade mną i usłyszałem: - Nie ruszaj się i oddychaj głęboko. Zaraz przejdzie. Faktycznie, przeszło po niecałej minucie. Podniosłem głowę z posadzki i spojrzałem na napastnika. Doszedłem do wniosku, że ulotka nie kłamała. Na pewno znalazłem tu wrażenia, jakiekolwiek by nie były. Nade mną stała chuda dziewczyna, ubrana w dżinsy, jakąś przydługą koszulkę, zjeżdżającą jej z ramion i niebieską, wełnianą czapkę, naciągniętą na czoło. Spod niej wystawały krótkie kosmyki ciemno fioletowych włosów. Na rękach miała rękawiczki bez palców, zauważyłem, że trzęsły się tak, jak temu „akwizytorowi”. Do jej paska była przyczepiona krótkofalówka. - Co to za traktowanie? – zapytałem wreszcie lekko oburzony, lekko, bo w tym momencie byłem bardziej zaskoczony. - Och… Przepraszam za moje maniery. – wycedziła dziewczyna mierząc mnie chłodnym spojrzeniem swoich niebieskich oczu. – Nie powinnam była… Jak pana godność? – skłoniła się wdzięcznie z udawaną grzecznością. Zgrzytnąłem zębami i wstałem z niemałym trudem. Stłukłem sobie przy upadku obojczyk. - McDison. – powiedziałem tym samym tonem, co ona. I źle zrobiłem. Na pierwszy rzut oka wiadomość nie zrobiła na dziewczynie wrażenia. Na drugi jednak, można było się połapać, że błyskawicznie odczepia krótkofalówkę i mówi: - Mamy go! Zanim zrozumiałem, że jestem w nieodpowiednim miejscu i powinienem się zbierać, włączył się cichy, choć wyraźny alarm, a drzwi wejściowe zamknęły się z trzaskiem. Pojawiło się, nie wiadomo skąd czerwone światło i około pięciu ludzi, którzy mnie otoczyli i złapali za ręce i przezornie za nogi. Zostałem zaniesiony w ciemny korytarz. Zaraz potem wszystko ustało. Migające czerwone światło, alarm i ciemny korytarz. Pięcioro ludzi rzuciło mną o podłogę w jakimś pomieszczeniu. Nie zostawili mnie jednak i nie zamknęli w jakiejś celi. Porozsiadali się na lichych krzesłach przy równie lichym stole i zaczęli grać w karty. Czy o to chodziło w tej całej zabawie w oderwanie od rzeczywistości? Tymczasem pojawiła się fioletowowłosa dziewczyna i pokazała miejsce przy stole, gdzie reszta grała w pokera. - McDison? Nigel? Syn Rafa McDison’a? – po kolei wymieniała moje dane personalne, a ja nie wiedziałem, co się dzieje. - Tak, ta ja, do cholery. Co dalej? - A… nic szczególnego… - dziewczyna oparła się o krzesło i przeciągnęła tak, że usłyszałem trzask kości. – Właśnie został pan porwany. Mamy zamiar zrobić panu krzywdę psychiczną i fizyczną, a na końcu zabić. – znów spojrzała na mnie zimno. Uniosłem brwi i przełknąłem ślinę. Poczułem, że robi mi się mimowolnie gorąco. - O dzisiaj jest pan tajnym agentem oddziału Organizacji Śledczej. – dodała nagle i po raz pierwszy zobaczyłem blady uśmiech na jej wąskich ustach. Gdy się uśmiechała, była urocza.
wtorek, 28 lutego 2006
Była z OZN
Nie byłem pewien, czy zrozumiałem dobrze słowa ojca. Przecież nie wymyśliłem sobie Kathleen Malert! Chyba, że… Chyba, że tamta kobieta, nie była tym, za kogo się podawała… Może podszyła się pod nazwisko jakiejś nieżyjącej od 13 lat Malert i ukrywa się przed czymś albo przed kimś? - Zastrzelili ją na moich oczach. – kontynuował ojciec – Ona uratowała cię wtedy, kiedy zabito mamę. Byliście porwani, jako zakładnicy jakichś terrorystów. Dziewczyna była z FBI i… - Akurat! – nie pozwoliłem mu skończyć – Była z OZN, tak, jak ty… - dodałem. Raf McDison patrzył na mnie tym swoim dziwnym, zimnym i pełnym wyrzutu wzrokiem przez dłuższą chwilę. W końcu chyba się poddał i przyznał: - Była z OZN, tak, jak ja. Już wiesz, co to jest OZN? – kiwnąłem głową – Nie chcę, żebyś robił to samo, czy choćby coś podobnego. Przez OZN zginęła twoja matka i Kathleen Malert. Ty o mało też nie straciłeś życia. To jest zbyt niebezpieczne, rozumiesz? - Za późno. – odparłem – Gdybyś mi powiedział wcześniej, może byś mnie przed tym uchronił. Poza tym OZN już nie istnieje, a… - tym razem to on mi przerwał: - Ale znalazł cię ktoś, kto o tym wie! – krzyknął – A to była tajna organizacja! – nagle ściszył, glos, bo przypomniał sobie, ze jesteśmy w biurze. – Trzymaj się od tego kogoś jak najdalej. Nie miałem zamiaru go słuchać. Zabrałem torbę z podłogi i ruszyłem do wyjścia. Podjąłem jednak na nowo: - Poza tym OZN już nie istnieje, a Kathleen Malert żyje. – teraz byłem tego pewien. Nie wiem dlaczego, ale coś mi mówiło, że to ona…
czwartek, 09 lutego 2006
???
Miałem mętlik w głowie. Przez 13 lat ojciec ukrywał przede mną swoją przeszłość. To się ma nazywać zaufanie? Dzięki, tato! Wróciłem do Nowego Yorku jeszcze tego samego dnia. Victorowi zostawiłem kartkę, z wiadomością, że jadę pod Londyn do kumpla i że wrócę za kilka dni. Ojciec był w biurze i pracował nad jakąś sprawą przy komputerze. Wszedłem po cichu i spojrzałem na jego zmęczone oczy, bladą od monitora twarz i szczupłe, a wręcz chude palce. Przez chwilę ogarnęło mnie pewne współczucie, ale nie trwało długo. - Część, tato. – powiedziałem. Ojciec odwrócił się z godnym pozazdroszczenia refleksem. Zmrużył oczy i warknął szorstko: - Co ty tu robisz? - Musimy pogadać. - Miałeś być w Londynie do końca wakacji. – jakby nie dosłyszał mojego komunikatu o konieczności rozmowy. - Będę. Będę nawet dłużej. Mam zamiar się tam przenieść. – powiedziałem równie nieprzyjaznym głosem, jak on. Przez sekundę widziałem złowrogi błysk w jego oczach. Może to było tylko złudzenie? - Chyba na głowę upadłeś. – stwierdził i wrócił do pracy przy komputerze. - Możliwe. Ale w bardzo podobny sposób, w jaki ty wpakowałeś się w OZN! – nie wytrzymałem. Jego ignorancja mnie zdenerwowała. Jednak zanim zdążyłem zareagować ojciec zerwał się ze stanowiska i zamknął mi usta spodem dłoni, jakby się bał, że ktoś nas usłyszy. - O czym ty mówisz?! – wycedził przez zęby. Teraz był naprawdę wściekły. Wyrwałem się z uścisku i powiedziałem: - W Londynie znalazłem kogoś, kto mnie oświecił. Swoją drogą dobrze wiedzieć, że ma się ojca agenta. – dodałem z wyrzutem. Ojciec patrzył na mnie w milczeniu . Potem spytał: - Kogo? -Dlaczego mi nie powiedziałeś? – nasza rozmowa do niczego nie prowadziła. Pytanie zamiast odpowiedzi to skomplikowana forma komunikacji. - KOGO?! – tym razem to ojciec nie wytrzymał. - Kathleen Malert. – odparłem z tryumfem. Raf McDison znów zamilkł. I nagle wybuchnął szczerym śmiechem. Uniosłem do góry brwi i czekałem, aż mu przejdzie. Uspokoił się po jakimś czasie i spoważniał. - Nigel… - zaczął – Pracowałem kiedyś z niejaką Kathleen Malert, ale ona nie żyje od 13 lat.
środa, 08 lutego 2006
Kto, co, jak?
- Znasz mojego ojca? – zapytałem, czując jak wzmaga się we mnie złość i pewna doza pesymizmu. - Jego nazwisko figuruje na liście naszych wspólników. Nasze wydziały są połączone. Na pewno wiedziałeś. Nie sądzę, żebyś trafił tu przypadkiem. Skądś musiałeś mieć na nas namiary, musiałeś je znaleźć w biurze twojego ojca. Mnie nie oszukasz. – powiedziała spokojnie. – Cholera… – mruknęła po chwili, jakby już wiedziała, na czym stoję. - Dokładnie. Mój nadopiekuńczy ojciec nigdy się na to nie zgodzi. Sam siedzi i wypełnia papiery, myśląc, że ja powinienem robić to samo. Albo, że powinienem być lekarzem. - Lekarzem? – zdumiała się Malert – A to dlaczego? - On twierdzi, że mogę ratować ludzi z wypadków, śmiertelnie chorych i tak dalej. Ja natomiast dobrze wiem, że to nie jest jedynym powodem. Przerzuca na mnie swoje pragnienia, ma do siebie żal o to, że zabili mamę, że nie mógł jej pomóc. Malert nie odezwała się, czekając na ciąg dalszy, więc nie zwlekałem. - Ja nie chcę ratować ludzi z wypadków. Ja chcę ich ratować przed wypadkami. Wiem, że sobie poradzę. - W to nie wątpię. – zapewniła mnie – Ale czy ty naprawdę myślisz, że twój ojciec siedział całe życie przy biurku? - A niby co innego miał robić? Pracować dla tajnych służb specjalnych i uganiać się za przestępcami? Miał biegać z bronią i… - A jeśli tak? – przerwała mi. - Co ty możesz wiedzieć?! – zdenerwowałem się. Zerwałem się od baru i wziąłem głęboki oddech. Potem usiadłem z powrotem. - Ann? Czy można, powiedzmy, whisky z lodem dla tego pana? – ze stoickim spokojem spytała Malert. - Naturalnie, Katty. - odpowiedziała bufetowa i zabrała się za robienie drinka. Po chwili był gotowy i stanął przede mną. - Mogę wiedzieć więcej, niż ci się wydaje, Nigel. – zwróciła się do mnie. - Tylko musisz zrozumieć, że na świecie nie liczy się tylko to, co ty chcesz. Wokół ciebie są jeszcze inni ludzie, którzy też czegoś chcą. Na przykład ja. Chcę ci coś pokazać. * Mimo nagłej złości, jaka mnie ogarnęła wróciłem z Malert do jej biura. Poszperała chwilę w biurku i podała mi jakieś dokumenty. Natychmiast je otworzyłem. Na początku było kilka zdjęć. Przejrzałem je i ze zdumieniem zobaczyłem między nimi fotografię mojego ojca sprzed jakiś dziesięciu lat. Było też zdjęcie Kathleen Malert, również z takiego czasu. Potem jakaś Alex Sharp, Peter Walker i kilka innych nieznanych mi twarzy. Przeszedłem do zapisków. „Raf McDison, zamieszkały w Nowym Yorku. Pracownik Organizacji Zwalczającej Narkotyki (OZN), zasłużony strateg i doskonały snajper. Wyróżniony za zasługi dla OZN. Jeden z niewielu, którzy przeżyli rozpad Organizacji. Ojciec, rozwodnik, wdowiec. Objęty ścisłą ochroną danych. „ Na początku nie zrozumiałem ani jednego słowa. To znaczy, że mój ojciec, urzędnik, który nie wychyla nosa poza papiery raportowe, był kiedyś jakimś tajnym agentem? Że robił to, co ja chcę teraz robić? Moją zadumę przerwał głos Malert. - Myślę, że zanim ostatecznie się tu zgłosisz, musisz z kimś porozmawiać… - Ale dlaczego mi nie powiedział? – szok powoli ustępował niemej złości. – I dlaczego zabrania mi czegoś, czym sam się zajmował? - Mogłabym ci wyjaśnić, ale lepiej jeśli zrobi to Raf. Raf? Czy tata i ta kobieta mają ze sobą coś wspólnego? Tak! Pewnie pracowali razem. Ona też przeżyła „rozpad Organizacji”. Ta myśl nasunęła mi następne pytanie. - Co to było, to OZN? - Cholernie biurokratyczne bagno, które zamiast ratować ludzi przed wypadkami, zapewniało wolność najgorszym szujom tego świata. – wyjaśniła z przekąsem Malert, ale ja nadal nic nie rozumiałem. - Organizacja rozpadła się, bo jej kierownicy okazali się przekupni. WIĘKSZOŚĆ dealerów dostali karę pogrożenia palcem w zawieszeniu i WIĘKSZOŚĆ z nich nadal szerzy handel. Bo OZN powołane do ochrony podatnego na nałogi społeczeństwa zawiodło. Co jednak nie tyczy się twojego ojca, ani mnie. To my zniszczyliśmy OZN.
Ta rodzina
Chwilę potem wyszedłem z szatni i rozejrzałem się po parkingu za siatką. Nie było żadnego samochodu, a już szczególnie auta Kathleen. Na poligonie mężczyźni nadal niestrudzenie ćwiczyli. Nie chciałem już nawet na nich patrzeć. Myślałem najpierw, że Malert sobie kpi, ale najwyraźniej miała ukryty cel w tym zostawieniu mnie koło policji. Stąd do Organizacji było jakieś siedem kilometrów, jak zdążyłem na oko wyliczyć, jadąc z nią w tę stronę. Dziesięć minut. A właściwie już niecałe dziesięć. Rzuciłem się biegiem pod szlabanem i skierowałem się na prawo. Nie znałem skrótów, więc poruszałem się wzdłuż jezdni. W końcu dopadłem do budynku i wbiegłem po schodach na górę, pamiętając, jak Malert mówiła o psującej się windzie. Prawie wyważyłem drzwi i ledwo wyhamowałem przed postacią Kathleen, opierającej się o biurko z zegarkiem w ręku. Nie mogłem złapać przez jakiś czas oddechu. - Nie musiałeś się tak spieszyć. – powiedziała z uśmiechem – Zostało ci jeszcze trzydzieści sekund. – dodała i podsunęła mi krzesło. - Przestaję… cię… lubić… - wydyszałem. - Co powiesz na śniadanie? – zapytała, dając mi do zrozumienia, że nie wzięła sobie do serca mojego negatywnego wyznania. Bez namysłu się zgodziłem. Rano jakoś zapomniałem o śniadaniu. - A teraz na poważnie. – powiedziała Malert, kiedy siedzieliśmy w bufecie na dole. – Czy jesteś ostatecznie przekonany, że chcesz tu pracować? To duży obowiązek, praktycznie na dobre dwadzieścia lat, albo i dłużej, jakby się uprzeć… Spojrzałem na nią i sięgnąłem po ciepłe pieczywo, postawione przede mną przez sympatyczną Ann, która pracowała w owym bufecie. Miała niesamowicie miły uśmiech, a ja, po tym, co przeszedłem na poligonie, nie marzyłem o niczym innym, jak o odrobinie sympatii. Zastanowiłem się przez chwilę. Zawsze chciałem robić coś takiego. Nie siedzieć za biurkiem, jak ojciec. Nie być lekarzem, jak Victor. Mnie potrzeba adrenaliny, odpowiedzialnego zajęcia, któremu będę mógł się poświęcić. Praca w Organizacji Śledczej to coś, co zapewni mi adrenalinę i odpowiedzialne zadanie. Byłem tego pewny. - Tak. - odpowiedziałem w końcu. - Świetnie. – podsumowała - Więc zostaje jeden malutki szczegół. – czekałem w milczeniu, aż posłodzi swoją kawę. – Raf Madison musi o tym wiedzieć.
wtorek, 07 lutego 2006
Grunt to się nie dać
Dopiero wieczorem, kiedy obserwowałem Victora, biegającego z miejsca na miejsce i robiącego porządek, zastanowiłem się, dlaczego poszło mi tak łatwo. Bo właściwie Kathleen Malert nie ma pojęcia, kim jestem. Właściwie mogę być szpiegiem. Właściwie mogę być wścibskim dziennikarzem. Mogę też oczywiście być niegroźny. Ale skąd ona ma pewność, tego nie mogłem rozgryźć. Charlotte okazała się powalająco ładna i inteligentna, jak Victor opowiadał. W pierwszej chwili nie mogłem zrozumieć, dlaczego w ogóle spojrzała na mojego kuzyna. Mogła mieć przecież na własność każdego, kogo by spotkała. Okrągła, szczupła twarz, niebieskie oczy, rude włosy. Nietypowa uroda połączona z niemałym intelektem i mądrością. Przywitałem się z nią i subtelnie umknąłem do pokoju, w którym Victor mnie ulokował. Poczułem się niezmiernie zmęczony. Ostatnim razem takie wyczerpanie psychiczne i fizyczne miało miejsce… bardzo dawno. Zasnąłem, zanim Victor przygotował kolację. Kiedy rano obudził mnie jakiś łoskot, miałem ochotę kogoś zamordować. Zły wyjrzałem za okno. Cięli gałęzie dębu na podwórku. Nagle zdałem sobie sprawę, że o ósmej mam być w Organizacji. Na szczęście miałem jeszcze dużo czasu. * Nie sądziłem, że czeka mnie jakaś próba… - Słuchaj, musimy mieć pewność, że z tobą wszystko w porządku. – powiedziała Kathleen, po tym, jak wszedłem do jej biura. Vanessy nie było. Miała na późniejszą zmianę. Zresztą, była szefową, więc mogła sobie ustalać godziny pracy. Nie przeszkadzało mi to, szczerze mówiąc. Patrzyłem na Malert z pewną nutą dezaprobaty. Nie wiedziałem, czy żartuje, czy mówi poważnie. Pewnie dlatego nadawała się do tej roboty, której ja nie zdążyłem jeszcze nawet poznać. - Jedziemy na poligon. Tam zazwyczaj mamy treningi. – oświadczyła mi i kazała iść za sobą. Poszedłem. Poligon był położony przy posterunku policji i jak widać nikomu nie przeszkadzało, że wykorzystuje go Organizacja Śledcza. Po pokazaniu przez Malert przepustki weszliśmy na pole. Było tam już kilkunastu ludzi, jakiś piętnastu rosłych mężczyzn, walczących wręcz. Ze zdumieniem przyglądałem się ich ruchom i metodom ciosów. Kathleen zostawiła mnie na chodniku i poleciła zaczekać. Sama podeszła szybkim krokiem do grupy mężczyzn i zaczęła rozmowę. Kiedy pokazała na mnie, poczułem dreszcz na plecach. Po chwili wróciła i powiedziała: - Kolektyw cię sprawdzi. Będzie cholernie bolesne, uprzedzam lojalnie… Jesteś gotowy? Zdziwiony do granic możliwości, kiwnąłem głową. Malert pchnęła mnie w stronę grupy. Usłyszałem jeszcze jej słowa: - Tylko nie poturbujcie go za mocno! To jeszcze dziecko. Zaraz potem dostałem potężny cios w skroń. Zachwiałem się, ale nie upadłem. Niczego nie rozumiałem. Czy to znaczy, że wcale mnie tu nie przyjmą, że chcą mnie spławić najskuteczniej, jak się da? Czy to naprawdę sprawdzian? Następne uderzenie było pod żebra. I nagle załapałem. Muszę pokazać, co umiem i że nie dam się zabić przy pierwszym zadaniu! Trzeci cios sparowałem ramieniem, które natychmiastowo zdrętwiało. Nie przestałem się jednak osłaniać. Na twarzach napastników zobaczyłem cień zdziwienia, jakie malowało się zapewne na mojej po pierwszym ataku. Broniłem się, jak tylko mogłem. Nie zdołałem zatrzymać wszystkiego, bo bądź co bądź było ich piętnastu. W końcu dałem radę oddać jednemu z nich i wykorzystać konsternację pozostałych na wyjście z kółeczka, za pomocą bardzo udanego skoku. Uczęszczałem na karate od siódmego roku życia i dziś po raz pierwszy poczułem, że to miało sens… Nie wiem, co mnie napadło. Przypomniałem sobie wszystkie manewry z zajęć i tłukłem, ile się dało. Nie patrzyłem, kogo i czy mocno. Nie następowało żadne zmęczenie. Nie wiem, ile czasu minęło do momentu, aż ktoś mnie podciął od boku i złapał za nadgarstki tak, że nie mogłem ruszyć dłońmi. To była Malert. - Dobra, wystarczy… - powiedziała i postawiła mnie na nogi. Spojrzałem na moich przeciwników. Tylko jeden krwawił obficie z nosa, ale stał prosto, wręcz na baczność, jak reszta. Ręce mi opadły. Wydawało mi się, że po tych ciosach co najmniej pięciu się nie podniesie. Najwyraźniej przeceniłem swoje możliwości. Sam nawet nie zauważyłem, że po mojej własnej skroni spływa coś ciepłego. Zrozumiałem, że to krew dopiero w szatni pięćdziesiąt metrów dalej. Malert oddała mnie w ręce pielęgniarza i usiadła naprzeciwko kozety. - Całkiem nieźle… - podsumowała mój „występ”. – Nie ruszyło ich to, co prawda, ale tym się nie przejmuj. To maszyny do zabijania, które trenują praktycznie od najmniejszego gnoja. Nawet ja mam problem, żeby któregoś rozłożyć na łopatki. Spojrzałem na nią z niedowierzaniem. Miałem wątpliwości, czy ona z tą wątłą posturą kogokolwiek mogłaby rozłożyć na łopatki, ale szybko oprzytomnił mnie ból i siniaki na nadgarstkach. Ona, jakby czytała w moich myślach, rzuciła mi z półki bandaże usztywniające i rzuciła: - Za dziesięć minut w moim biurze. – i wyszła.
poniedziałek, 23 stycznia 2006
Człek do brudnej roboty
- Zaczniesz od zapoznania się z nasza procedurą. – mówiła Kathleen, kiedy szliśmy do biblioteki na parterze. Zapytałem, dlaczego nie możemy jechać windą. Wyjaśniła, że często się psuje, więc trzeba nauczyć się biegać po schodach. Byłem przekonany, że w bibliotece da mi kilka grubych książek i karze wszystko przeczytać. Było inaczej. Zaprowadziła mnie w głąb pomieszczenie do mapy budynku. - Na pierwszym piętrze są gabinety detektywów i śledczych. Na drugim znajdują się informacje o podejrzanych i zadaniach, jakie wykonujemy. Jest tam również komputer główny. Na trzecim, jak zauważyłeś, jest tylko jeden gabinet. Biuro moje i Vanessy. Tam będziesz pracował i ty. – zjechała palcem na dół mapy – Na parterze jest areszt i… - zamilkła na chwilę – Podstawowym zadaniem Organizacji jest śledztwo. Ale na to składa się praca wszystkich wydziałów. Detektywi zdobywają materiały i dowody, które może wykorzystać nasz sąd, a ludzie od czarnej roboty zajmują się wymierzaniem kary na własną rękę. - Dużo jest takich ludzi? – zapytałem zafascynowany. Spojrzała na mnie i chyba od razu zrozumiała, że to, co mnie najbardziej interesuje nie tkwi na piętrach tego budynku. - Na naszą jednostkę dwudziestu. Ty, jak mniemam, chciałbyś być dwudziesty pierwszy?... * Ojciec się wścieknie, jak się o tym dowie. O ile się dowie… Kathleen kazała mi iść do domu i dobrze odpocząć, bo na następny dzień chciała mnie zabrać do innych ”ludzi od czarnej roboty”, że by mnie przedstawić. Nie mogłem się doczekać. Wróciłem do domu Victora. Zostawił kartkę, że po południu przyjdzie do niego dziewczyna. Zaśmiałem się w duchu. Victor opowiadał mi o Charlotte. Również studentka medycyny. A ja? Wybieram się na studia, tylko nie mam pojęcia, jakie. Na razie się nie zastanawiam, co będzie po wakacjach. Ważne, że trafiłem do tej Organizacji.
Nowe drzwi
- No nareszcie… Kogoś trzeba uziemić, zaszkodzić mu? Mogę robić wszystko, byleby się stąd wyrwać… - popatrzyłem w stronę, z której dobiegł mnie kolejny kobiecy głos. W progu stała owa „ona”. Miała również jasne włosy, spięte z tyłu i szczupłą sylwetkę, ale na jej twarzy nie było widocznego zmęczenia. W ręku trzymała pudełko z chińskim jedzeniem, które chwilę potem postawiła na biurku tamtej. - Vanessa, musisz coś zjeść. – powiedziała, siadając przy drugim stanowisku. Przeciągnęła się i dopiero teraz mnie zauważyła. Westchnęła. - To jest ta moja robota? – zapytała. Nie zrozumiałem. - Tak. – odpowiedziała sucho Vanessa – Spław chłopczyka, panno Malert. Zbaraniałem. Jak to?! - Van! – zaprotestowała Malert – Sama dobrze wiesz, że potrzeba nam asystentów. A jednak! Straciłem całą sympatię do kobiety na wózku. - Rób jak chcesz. – warknęła i wyszła, a raczej wyjechała z gabinetu. Malert niezrażona, pomachała jej na pożegnanie. Wzdrygnęła się tylko, kiedy drzwi trzasnęły z impetem. - Siadaj. – zachęciła mnie i wypchnęła nogami od drugiej strony biurka drewniane krzesło – Trochę tu bałagan, ale da się przeżyć. Usiadłem. Malert była zdecydowanie milsza. Ale z drugiej strony, nie była inwalidką. - Nie przejmuj się Vanessą. Jest zgryźliwa. – mrugnęła do mnie i wyciągnęła klawiaturę komputera. – Imię, nazwisko, adres? Na nowo zagościł we mnie entuzjazm. - Nigel McDison. Mieszkam w Nowym Yorku. Green Street 42 przez 15. Teraz jestem u kuzyna w Londynie, ale to tylko tymczasowo… - zdałem sobie sprawę, że kobieta przestała na chwilę notować i spojrzała na mnie zdumiona. Ocknęła się jednak po sekundzie i wróciła do klawiatury. - McDison, tak? – dalej wypełniła już wszystko bez problemu i na koniec dodała : - Notabene, mów mi Kathleen…
niedziela, 22 stycznia 2006
Adres z biura
Victor wyszedł po mnie na lotnisko. Przyjechał swoim starym Audi, doprowadzonym do ładu i składu. Mieszka w bloku na przedmieściu. Studiuje medycynę. Pewnie, dlatego ojciec mnie tu przysłał. Nigdzie w tym roku nie wyjeżdża, więc mogę u niego bytować. - Co u ciebie stary? – zapytał, kiedy zajechaliśmy na miejsce. - Jakoś się trzymam. – odpowiedziałem i rozejrzałem się po mieszkaniu. Dwa pokoje, kuchnia i łazienka. Radził sobie, jak widać… - A jak twój tata? - Nareszcie szczęśliwy. Nie musi mnie oglądać. – powiedziałem z kwaśnym uśmiechem. Zresztą, myślę tak samo. Ojciec unika mnie, wraca późno do domu… Teraz naprawdę będzie miał spokój. - Nie przesadzaj. – Victor wstawił wodę na herbatę. – Może coś mocniejszego? – upewnił się. Odmówiłem. - Może pod wieczór. – wyjaśniłem, w związku z czym dostałem angielskiej herbaty. * Na następny dzień Victor szedł do pracy. Dorabiał w jakiejś restauracji. Muszę przyznać, że jak na studenta medycyny, nieźle gotuje. Kiedy rano się ubierałem, z kieszeni spodni wypadła mi tamta kartka. To mi przypomniało brawurowy pomysł w biurze ojca. Zjadłem szybko porcję zapiekanki, którą na kolację zrobił mój kuzyn i postanowiłem się przejść. Spacer po Londynie wprowadził mnie w wakacyjny nastrój. Było dość ciepło, słońce świeciło złośliwie po oczach. Pytałem miejscowych, którędy dostanę się na tą ulicę. Szybko się na niej znalazłem. Wyszukałem na tabliczce numer i zamarłem!... Nie mogłem uwierzyć. CENTRUM ORGANIZACJI ŚLEDCZEJ W LONDYNIE Nie potrzebowałem żadnego zastanowienia. Wbiegłem po szerokich, długich schodach na górę i pchnąłem drewniane drzwi. W środku było jasno, duże okna po obu stronach hallu wpuszczały światło słoneczne. Nie miałem pojęcia, dokąd iść teraz.. Wsiadłem, więc do windy i wjechałem na trzecie piętro. Naprzeciwko schodów pożarowych był jeden gabinet z metalową tabliczką: VANESSA KNIGHT BIURO GŁÓWNE I tu się nie wahałem. Przekręciłem klamkę i wślizgnąłem się do pomieszczenia. Było nieduże i zagracone szafami na dokumenty. Przy biurku obok okna siedziała kobieta około trzydziestki o zmęczonej twarzy i jasnych włosach do ramion. Przed nią stał kubek kawy, zapewne zimnej. Rozmawiała z kimś przez komórkę. Miała nawet przyjemny głos, równie zmęczony, jak buzię. Obok kubka zauważyłem też broń. Skończyła rozmowę i zobaczyła mnie wreszcie. Podszedłem bliżej. - Witaj. Zgubiłeś się? – zapytała, ale bez uśmiechu. Dziwne, wszyscy się do mnie w Londynie uśmiechali, a ona nie. Nareszcie jakaś zmiana. - Nie. Chciałem… - zaciąłem się. Co ja właściwie chciałem? – Chciałbym się zgłosić na asystenta. – wypaliłem. Głupio wyszło. - Asystenta? – zwątpiła kobieta. Spojrzałem jej w twarz. Czy ja jej skądś nie znam? – Nie potrzebujemy asystentów. – wyjaśniła. Westchnąłem. Chciałem wzbudzić w niej litość. Chyba mi nie wyszło… - Zaczekaj, młody. – zmieniła zdanie! Zmieniła zdanie! – jesteś pełnoletni? - Mam skończone osiemnaście lat. – odparłem i pokazałem jej dowód osobisty. Nawet nie spojrzała na dokument, ale powiedziała. - Dobra. Zajmie się tobą ktoś inny. Ja nie mam już nerwów. Poczekaj chwilę… Mogłem czekać nawet dwie, ale nie powiedziałem tego na głos. Nagle doznałem szoku. Kobieta odjechała od biurka i zobaczyłem, że jest na wózku inwalidzkim. Podjechała do interkomu, zawieszonego przy drugim stanowisku, którego wcześniej nie widziałem, bo było sprytnie schowane za szafami na dokumenty. - Martin? Jeżeli ona tam jest, to ma się do mnie zaraz zgłosić. Mam dla niej robotę.
czwartek, 19 stycznia 2006
REAKTYWACJA
Nigel, myśl. Mam już dość tych humorów ojca. Co ja mu do cholery zrobiłem, że tak się zachowuje? Mam osiemnaście lat, uczę się dobrze, zrobiłem prawo jazdy i nie mam żadnych nawyków. Mimo to, ciągle słyszę: - Nigel, przemyśl to jeszcze! Nigel, przestań! Nigel, myśl… Przecież myślę! Myślę, tato, że jesteś pieprzonym urzędasem, któremu w życiu nie wyszło i który przelewa swoje ambicje na syna. Raf McDison, urzędnik w wydziale kryminalnym, chce, żebym został lekarzem. Żebym potrafił ratować ludzi, bo on nie potrafi. Ma czterdzieści lat, nudną pracę i mnie. A ja chcę czegoś więcej od życia. Nie chcę być lekarzem, to nie dla mnie. Chcę pomagać ludzkości w inny sposób. Jeździć po świecie, pracować dla tajnych służb specjalnych. Ojciec nigdy mi nie opowiadał, co robił wcześniej. Jak przez mgłę pamiętam mamę. Pamiętam, jak ktoś ją zabił. Byłem z nią wtedy, ale mnie uratowano. Zamieszkałem z tatą, on zaczął pracować w komendzie w papierach. Jego biuro pracuje z jakąś organizacją śledczą. Chciałbym się tam dostać, rozejrzeć, ale wszyscy naokoło mówią, że to niebezpieczna robota. Szczególnie ojciec. Wścieka się, kiedy przyjeżdżam do niego do pracy. Tak było i tym razem. Zaczęły się wakacje. Wyjeżdżam do Londynu na jakiś miesiąc, może dłużej, do Victora, mojego kuzyna ze strony mamy. Już się cieszę, bo odpoczniemy od siebie. Ja i ojciec. Wszedłem na palcach do biura. Dopiero tam rzuciłem torbę z łoskotem o posadzkę. Starszy podniósł głowę znad komputera i spojrzał na mnie z wyrzutem. Zawsze tak na mnie patrzył, więc zdążyłem się przyzwyczaić. - Co ty tu robisz? – rzucił. - Przyniosłem ci klucze. – położyłem klucze od domu na jego biurku i usiadłem – Za godzinę mam samolot, odwieziesz mnie? Ojciec zastanowił się. - Dobra, idę się wypisać. Poczekaj. – wstał i wyszedł do szefa trzy piętra wyżej. Zastukałem palcami w blat. Po krótkiej chwili zerknąłem na monitor. Jakieś dokumenty, raporty… Ale zaraz! Na pulpicie widniał plik bez tytułu. Wiedziałem, że to musi być coś ważnego. Znam trochę własnego ojca. Otworzyłem dokument bez zastanowienia. Zobaczyłem jakiś adres z dopiskiem „Londyn”. Wpadł mi do głowy szalony pomysł. Skoro już jadę do Londynu… Wydrukowałem ten adres i zamknąłem wszystko. Kiedy wcisnąłem kartkę do kieszeni spodni, przyszedł tata. - Choć, bo się spóźnisz… - powiedział i zaczął wyłączać system. Przyjrzałem mu się z boku. Facet przed czterdziestką, wysoki. Nie miał żadnych siwych włosów, tylko swoje kasztanowe, tak bardzo niepodobne do moich. W dodatku szczupły i atletycznie zbudowany. Wyobraziłem go sobie z kaburą i pistoletem. Ale nie. To był tylko urzędnik za biurkiem, który wziął bez problemu mój bagaż. Wyszliśmy z komendy.
poniedziałek, 09 stycznia 2006
Już nigdy nie nauczę się tańczyć.
Dalej wszystko działo się jak we śnie. Dosłownie. Jechaliśmy w ciszy; Raf patrzył na drogę, ja za okno. Miałam dziwne wrażenie, że widok autostrady mam przed oczami ostatni raz. Porzuciłam te mroczne myśli z chwilą, kiedy zajechaliśmy na Manhattan. - Na trzy, Katty. – McDison był pewny tego, co musi zrobić. Ja też. Wysiedliśmy na moje „trzy” i pobiegliśmy do wejścia OZN. Tu nocą zawsze było pełno ludzi. Było zawsze dużo roboty. Tak i tym razem. Wpadłam pierwsza i zaczęłam strzelać na dwie strony z karabinów. Po chwili w holu było tylko pobojowisko i cholernie dużo krwi. Ktoś już na pewno usłyszał huk karabinów, bo rozległ się alarm. Ruszyłam do schodów na górę, Raf pobiegł na dół, żeby odłączyć zasilanie, jak dam mu znak. Koło recepcji padli wszyscy. Głównie, dlatego, że wyciągali własną broń i próbowali mnie powstrzymać przed wejściem do biura Karter’a. Nie powstrzymali. Weszłam i zastrzeliłam byłego szefa. Zdążył zamknąć oczy i westchnąć. Tylko. Pliki, których szukałam były na wierzchu, najwyraźniej Karter wiedział już, co planujemy. Czyli jestem w samą porę. Dostęp do systemu. Usunięty. Dane o systemie. Usunięte. Hasła do systemu. Usunięte. Sieć OZN. Zniszczyć… Z komputera pod biurkiem poszły iskry. Ulotniłam się z biura i dałam znać McDison’owi, żeby wyłączył zasilanie. Kiedy zgasło światło, zbiegłam do holu. Po ciemku na kogoś wpadłam. Już chciałam strzelić, ale usłyszałam: - Malert, co wy zrobiliście? Alex Sharp. Siadła na ladzie recepcji i zapaliła małą latarkę. Uświadomiłam sobie, że zabrała mi spluwę, jak się zderzyłyśmy. Sprawdziłam magazynki w karabinach. Puste. Wyrzuciłam je na boki. Już mi się nie przydadzą. - Szkoda, że zabiłaś Nathana. Pasowaliście do siebie. – stwierdziła, odbezpieczając broń. Nabrałam powietrza w płuca. Cholera! Alex mnie zabije? Jej spojrzenie błądziło między mną o wejściem do ładowni, które było tuż przy recepcji, po lewej stronie. - Uciekaj! – krzyknęła nagle. – On tu zaraz będzie. – zeskoczyła z lady, klepnęła mnie w ramię i pobiegła do schodów. Czy ona coś brała? I kto tu zaraz będzie? Czemu nie zostawiła mi broni? I gdzie jest McDison? Nagle uzyskałam odpowiedź na jedno z pytań. Z ładowni wyszedł szczupły facet o ziemistej cerze. Przestraszyłam się nie na żarty. Niemal widziałam pożółkłą żarówkę i rozwalone na improwizowanym stoliku karty. Przypomniałam sobie tą wściekłość, kiedy z worka wysypała się mąka. Słyszałam w głowie słowa: „Zapamiętaj mnie dobrze. Ja nie zapominam porażek.” Wtedy strzelił. Na początku myślałam, że nie trafił. Nic mnie nie bolało, mimo że jakaś siła rzuciła mną o ścianę kilka metrów dalej. W tej chwili zobaczyłam Rafa, który wprawnym ruchem obezwładnił dealera. Popatrzył na mnie i z rosnącą złością, skręcił mu wprawnie kark. Bezwładne ciało walnęło o ziemię. Zaczęłam odpływać. Czułam jeszcze, jak ktoś mnie podnosi i po chwili dotarł do mnie ból, który rozlewał się po mojej klatce piersiowej… *** Obudziłam się tu. Na ojonie. Lekarz nie owijał w bawełnę. Nie mam szans, tak po prostu. Saport zginął, Haresz zginął, OZN zniszczone. McDison tłumaczył na korytarzu Nigel’owi, że nie może ze mną porozmawiać, bo źle się czuję. Poprosiłam o kartkę i coś do pisania. Zastanawiałam się przez chwilę, czy naprawdę muszę umierać. I czy w piekle jest tak obrzydliwie gorąco? Jeśli tak, to chyba umieram… Czego mi najbardziej żal? Że już nigdy nie nauczę się tańczyć.
KONIEC
Raz. Dwa. Trzy...
- Koniec żartów. – powiedział nagle Saport, kiedy zdziwiona, zauważyłam, że minął zakręt na moją ulicę. Spojrzałam na niego z szeroko otwartymi oczami, a on ciągnął dalej: - Nie możemy dłużej zwlekać. Trzeba rozwalić to cholerne OZN. – zrozumiałam. – McDison już zebrał kody, razem z Adamem robią ostatnie poprawki. Samad Haresz jest w drodze do nas, a ty masz chwilę na przygotowanie. Byłam w szoku. Wszystko tak wolno się rozwijało i nagle obrót sprawy. - Ładunki wybuchowe są już pod każdym punktem. Centrum dowodzenia będziemy musieli zniszczyć na początku, bo jeśli się zorientują, że gderamy w ich zabezpieczeniach zresetują system, a to mogłoby nas kosztować życie i plany. Saport mówił jakby do siebie. Miałam wrażenie, że wcale nie informuje mnie o zamachu, tylko próbuje to sobie samemu uświadomić. W końcu zamilkł i nie mówił już nic, póki nie przyjechaliśmy do jego domu. Było już tam kilkoro ludzi, którzy ładowali broń i przekazywali sobie z ręki do ręki jakieś papiery. Podejrzewam, że to były plany podziemi centrum. Nie dostałam ich, bo zostałam od razu zaciągnięta do arsenału. Wciśnięto mi w ręce dwa karabiny i małą spluwę. Zupełnie niespodziewanie stanął koło mnie Brody i powiedział: - Wiesz gdzie jest centrum? – pokręciłam przecząco głową. – To baza OZN, w której pracowałaś. Otworzyłam ze zdumienia usta. - McDison i ty musicie zniszczyć główny komputer przed 23:15. Potem już resztę załatwimy my. – w tym momencie przyszedł Raf. Wyglądał jakoś dziwnie blado. Pewnie ja nie wyglądałam lepiej. - Cholera. – mruknął. – Strasznie szybko się to pozmieniało. Myślałem, że będziemy ich rozpracowywać kilka lat i zdążę wychować syna. – uśmiechnął się, ale nie dam głowy, czy to było szczere. Wyszliśmy oboje na parking. Czułam na łopatkach czyjeś dłonie, zapewne ludzi, których nie znałam, a którym przyświecał ten sam cel. Na parkingu było cicho. Zanim jednak doszliśmy do furgonetki, światła jakiegoś luksusowego auta rzuciły jasne smugi na asfalt. Samochód zatrzymał się i wysiadł z niego wysoki, starszy mężczyzna w długim do kostek, czarnym płaszczu. Podniósł na nas wzrok i patrzył przez chwilę, jak wkładamy broń do bagażnika. Potem podszedł i uśmiechnął się. McDison rzucił mu się w ramiona, jak stary przyjaciel i uściskał go mocno. - Uważaj na siebie, Raf… - przyjrzał się także mnie. – Za młoda jesteś. Będę cię miał na sumieniu, jeśli coś ci się stanie… - Miło pana poznać… - wyciągnęłam rękę. - Stan Taner. – powiedział, wyciągając swoją. Uniosłam brwi. Stan Taner? To nazwisko było wypisane na każdym przewodniku i instrukcji w OZN. „Zatwierdzone przez S. Taner.”, „Wydał S. Taner.” Nie zwlekaliśmy dłużej. Wyjechaliśmy na autostradę do Nowego Yorku. Przed oczami miałam tylko twarz Haresza, Stana Taner’a...
niedziela, 08 stycznia 2006
Kontakty
Ferrari zatrzymało się, zagradzając mi drogę ucieczki. Wyskoczyło z niego kilku ochroniarzy o głupich wyrazach twarzy. Zanim zdążyłam w jakikolwiek sposób zareagować wrzucili mnie do samochodu na tylne siedzenie. To samo stało się z prostytutką, której przed chwilą uratowałam życie. Wylądowała tuż obok mnie, ale jej najwyraźniej to nie przeszkadzało. Zdałam sobie sprawę, że jestem w samochodzie jej alfonsa. Dopiero teraz go zobaczyłam. Niski, okrągły facet z obleśną kozią bródką i mnóstwem pierścionków na palcach. Tacy ludzie działali mi na nerwy. Teraz jednak nie byłam przekonana, czy bezpiecznie będzie, jeśli mu to powiem. Siedziała więc cicho, czekając, aż on zabierze głos. - Co to miało znaczyć, drogie panie? – zapytał. Prostytutka zapaliła papierosa, jakby w ogóle jej to nie obchodziło. – Ty nie jesteś z policji. – alfons mówił z rosyjskim akcentem. - Nie jestem. I co z tego? - Skąd masz broń i kto cię nasłał? - Nikt mnie nie nasłał. Broń jest prywatna. Poza tym myślałam, że mi pan podziękuje za uratowanie pana… eee… pracowniczki. - To jest jej praca, a ty jej w tym przeszkodziłaś. - Jej pracą jest pozwolić się zabić? – zapytałam, czując narastające napięcie. - Nie chcieli mi zapłacić, więc odmówiłam usługi. – powiedział nagle prostytutka, wydmuchując dym przez uchylone okno. Zapadła głupia cisza i zastanawiałam się czy przypadkiem nie mają zamiaru mnie zabić, poćwiartować i utopić. - Dla kogo pracujesz? – spytał alfons. Poddałam się. Przed takimi, jak on nie można było udawać. - Dla Brody’ego Saporta. – powiedziałam zrezygnowana. Ten właściciel burdelu i tak nie może nam zaszkodzić. - Zaraz się przekonamy. – facet wyjął telefon i wybrał jakiś numer. Domyśliłam się szybko, że zna Saporta i że to właśnie z nim rozmawia. Kiedy skończył, zwrócił się do mnie: - Bardzo przepraszam za pomyłkę. Pani narzeczony wyjaśnił mi całą sprawę. Niedługo przyjedzie po panią. W międzyczasie zapraszam na herbatę. Ręce mi opadły. Już pomijając tą natychmiastową zmianę nastawienia, ale „narzeczony”??? *** Miki, jak nazywał się owy alfons, miał niezły zapas broni. Istny arsenał. Podziękowałam jednak za herbatę, nie do końca wierząc w jego dobre intencje. Niedługo potem zjawił się Brody z tym swoim wkurzającym uśmiechem na twarzy. Nie chcieli mnie wypuścić samej, bo Saport powiedział, że po mnie przyjedzie. Komiczna sytuacja. Kiedy znaleźliśmy się w jego aucie, zaczęłam się śmiać. - Kontakty są najważniejsze. Gdyby nie to, już byś była zwerbowana do jakiegoś nocnego klubu. - Dzięki wielkie, mój drogi narzeczony. – miałam duży problem z powstrzymaniem śmiechu, co go wcale nie zdziwiło.
wtorek, 03 stycznia 2006
Napadli mnie...
Prawie grzecznie rzuciłam plecakiem w Saport’a, kiedy żartobliwie poprosił o płaszcz. Dostał w żołądek. Uśmiechnęłam się lekko i zajrzałam do salonu. W całym domu panowała cisza. - Gdzie Raf? – zapytałam, zanim ugryzłam się w język. Brody zmierzył mnie dziwnym spojrzeniem i odparł: - W ogrodzie. Bawi się z Nigel’em. – wskazał na tyły. – Zawołam go, jak chcesz. – dodał z rozczarowaniem. - Nie, nie trzeba. – rzuciłam, chyba za szybko. – Adam zatrzymał się w hotelu na Granic Street. Jadę z powrotem, widziałam po drodze jakieś ogłoszenie z mieszkaniem. – nadal sumienie wypełniałam obietnicę i szukałam go dla McDison’a. Wybiegłam na parking gdzie stał mój samochód i wsiadłam do niego w pośpiechu. Co się ze mną działo? Wolałam nie myśleć… Wyjechałam na autostradę i skręciłam w pierwszy zakręt na obrzeżach Nowego Yorku. Była to zadbana, cicha dzielnica, w której roiło się od uśmiechniętych, spacerujących ludzi. Podjechałam pod budynek, niewysoki, zaledwie 4 piętra, w którym można było wykupić trzypokojowe mieszkanie. Po ogólnym zlustrowaniu, dogadałam się z właścicielem, że przyślę do niego McDison’a. Wróciłam do domu. Kot przywitał mnie swoim mruczeniem i otarciem o nogi. Zrobiłam sobie gorącej herbaty i zabrałam się za sprzątanie mieszkania. Przez ostatnie tygodnie zupełnie o tym nie myślałam. Nagle zobaczyłam, że na automatycznej sekretarce miga lampka. Wcisnęłam guziczek, zastanawiając się, czego znowu chce ode mnie Saport. - Cześć, Katty. – wylałam na siebie herbatę, słysząc głos Alex. – Co tam u ciebie? Dzwonię, żeby Ci powiedzieć, że na razie w OZN nie mają waszych namiarów. To znaczy, twoich i Rafa. Właśnie! Co tam u niego? – wyczułam pewien sarkazm w ostatnim zdaniu i przysięgłam sobie, że ją trzepnę. *** Zapomniałam, jakie sprzątanie może być takie męczące. Te kilkadziesiąt metrów kwadratowych mnie wykończyło. Black wcale mi nie pomagał tym swoim kręceniem się tam, gdzie go nie było potrzeba. Wieczorem wyszłam na spacer, żeby trochę pooddychać powietrzem. Chociaż powietrze tak niedaleko od miasta wcale nie jest najlepsze. Birontown było przynajmniej spokojniejsze. A przynajmniej tak mi się wydawało, póki nie wyszłam zza róg kilka ulic od mojego domu. Podniesione głosy, krzyki i szarpanina wzbudziły u mnie czujność. Z przyzwyczajenia nosiłam ze sobą broń. Dlatego też teraz nie wahałam się z jej wyjęciem i przystąpieniem do akcji. Dwóch rosłych mężczyzn kopało kogoś niemiłosiernie. Ofiara miała kobiecy, przerażony głos, próbowała się osłaniać. Nie bardzo jej szło, była już osłabiona z powodu ciosów. Kilka moich skoków i już byłam przy napastnikach. Jednemu złamałam łopatkę kolbą spluwy, co zwróciło uwagę tego drugiego. Rzucił się na mnie, nie wiedząc, co zrobiłam jego kompanowi. Zanim do mnie dopadł wystawiłam lufę, tak, żeby dokładnie ją widział. Zobaczył dość szybko. Kobieta zdążyła się pozbierać i podsunąć pod ścianę. Obserwowała scenę z szeroko otwartymi oczami. Makijaż spływał jej po policzkach, miała zakrwawione usta. W takich momentach dziękowałam sobie samej, że się nie maluję. Musiałam się skupić, bo przestawałam panować nad sytuacją. Ten ze złamaną łopatką podniósł się w zadziwiającym tempie i masował sobie ramię. Nieźle. Musiałam strzelać w nogi i krzyczeć „Policja”, żeby móc poczuć się bezpiecznie. Mężczyźni mieli pecha. Nawet nie wiedzieli, jak mnie denerwowali damscy bokserzy. Miałam tylko nadzieję, że już teraz się nie podniosą. Nie byłam pewna, czy ktoś przypadkiem nie usłyszał strzałów. Co prawa miałam zamontowany tłumik, ale nigdy nic nie wiadomo. Nie chcąc ryzykować świadków i co ważniejsze, kontrataku mężczyzn, pomogłam wstać kobiecie i wyprowadziłam ją z zaułka. Doprowadziła się do porządku, trzęsącymi się rękoma. Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Wyjęła kredkę do oczu i poprawiła kontury. Pominęłam to bez komentarza i zapytałam: - Nic pani nie jest? – mogła być ode mnie starsza jakieś piętnaście lat. Jednak jej twarz nadal wyglądała młodo, mimo licznych zadrapań i zielonych siniaków, które powoli występowały. Efekt pobicia. Nic jej nie będzie. - Nie. Napadli mnie. – myślałam, że padnę z zażenowania. Co ona nie powie? Napadli ją? Uśmiechnęła się do mnie i dopiero teraz zobaczyłam, jak była ubrana. Krótka mini, podarte pończochy, czerwony płaszczyk zarzucony na obcisłą bluzkę z nieprzyzwoicie dużym dekoltem. Miejscowa prostytutka. Super. Chciałam się zmyć, obawiałam się tego, co nastąpiło chwilę później. Z piskiem opon, wyjechało wprost na nas zielonkawe ferrari, z którego słychać było jakąś kiczowatą muzykę…
piątek, 30 grudnia 2005
Praktyczna sentencja na cześć Brody
Po dwugodzinnych, zmyślonych w dużej mierze przeze mnie, relacjach o ostatnich latach życia, każde z nas poszło w swoją stronę. Oczywiście wzięłam adres, telefon i te inne istotne rzeczy i obiecałam, że napiszę. Musiałam myśleć przede wszystkim o tym specu. Ale moją uwagę cały czas rozpraszały myśli, które zupełnie nie pasowały do szarej rzeczywistości mojego równie szarego życia. A mianowicie złapałam się na tym, że coraz częściej myślę o Madison’ie i naprawdę się o niego martwię. Zastanawiam się, co będzie z jego synem. I jak to można pogodzić z walką z OZN? Z tych ponurych przemyśleń wyrwał mnie dzwonek telefonu. Zanim dokopałam się do niego, bo leżał na samym dnie plecaka, doliczyłam do ósmego sygnału. Ale najwyraźniej ktoś był uparty. Ja już dobrze wiedziałam, kto. - Masz spotkać się z tym facetem pod ratuszem – usłyszałam głos Saporta. - To niedaleko od dworca. Za pół godziny, będzie na ciebie czekał. Sprawdzisz na jego pagerze, czy ma odpowiednie hasło, to, które podałem ci dziś rano. – rozłączył się. *** Jak zwykle bywa, bezczelne pasmo niespodzianek nie odpuszcza tak łatwo. A już szczególnie mnie. Kiedy podeszłam sobie spacerkiem pod ratusz, nikogo jeszcze nie było. Kilka minut później przyszedł… no właśnie. Adam! Na początku pomyślałam, ze to czysty przypadek, że ma tu coś do załatwienia. Ale że było już trochę po czasie, podeszłam do niego z podejrzliwą miną. Uśmiechnął się do mnie i wyjął… pager! - Czy pani zechce zrealizować zalecenia szefa? – zapytał, śmiejąc się już w głos. Otworzyłam ze zdziwienia buzię. Ręce mi opadły, ale wzięłam od niego urządzenie i sprawdziłam hasło. Cholera! Zgadzało się! Długo się nie zastanawiając, zdzieliłam najlepszego przyjaciela po łbie tak, że aż się zatoczył. Nie obraził się, tylko zapytał: - Za co to? I dlaczego tak mocno? - Nie martw się. – syknęłam – Szefowi roztrzaskam czaszkę… Czekała mnie droga powrotna. Ta prosta teoretycznie misja, zostawiła na mojej psychice praktyczną sentencję: „ Brody Saport to szuja”…
|
|